Kredyty
Inne
Karty kredytowe trafiły pod strzechy
W czwartym kwartale 2005 r. doszło do znaczącej zmiany na polskim rynku kart: udział kredytowych w ogólnej ich liczbie wzrósł powyżej 20 proc. Nie są one już produktem elitarnym. Teraz, żeby stać się ich posiadaczem, wystarczy zarabiać 450 zł.
Ta jakościowa zmiana to efekt dostrzeżenia przez banki masowego klienta. Trzeba oddać sprawiedliwość sieciom supermarketów, które szybciej niż instytucje finansowe zauważyły potencjał tego rynku. Wychowały sobie klientów kredytami ratalnymi, kartami sklepowymi. Aż w końcu – przeprowadziły migrację do plastiku z logo międzynarodowej organizacji płatniczej.
Oczywiście klient nie zwraca uwagi na to, że w istocie wydawcą jego karty „sklepowej” jest bank współpracujący z daną siecią. Ważne jest natomiast to, że nauczył się płatniczej funkcji karty. Niektóre banki sieciowe po prostu świadomie weszły w segment masowy. 37 proc. Polaków deklaruje, że nosi w portfelu mniej gotówki niż przed rokiem – wynika z badań zleconych przez MasterCard.
– Karty się podobają. Można to zaobserwować na podstawie statystyk – mówi dyr. Remigiusz Kaszubski ze Związku Banków Polskich. Okolice 500 zł dochodu netto jako wymóg otrzymania karty, to pięć razy mniej niż żądał Citibank, który, wchodząc kilka lat temu na polski rynek, postawił właśnie na kartę kredytową. 500 zł to także i informacja dla klienta, że jego dochody nie są uważane za niskie. Trzeba pamiętać, że znaczna część kredytobiorców to emeryci z regularnymi, choć niewielkimi wpływami.
– Zaciągnięte zobowiązania spłacają lepiej niż ogólnie się sądzi. To ludzie nieraz bardziej odpowiedzialni od osób z tzw. dużymi pieniędzmi – potwierdza Tomasz Trabuć, rzecznik prasowy Provident Polska. Firma ta nie posługuje się produktem kartowym. Pożyczek udziela m.in. tym środowiskom, które korzystają z niewielkich sum zadłużenia. Nie powinno zatem dziwić, że np. Euro Bank czy Santander Bank kierują swoje oferty do emerytów.
Dlaczego bandyci napadają na banki?
Dlaczego bandyci napadają na banki? Bo wydaje się im, że tam są pieniądze. I rzeczywiście są – jednak nie tak wiele, jak sądzą. Poza tym banki nauczyły się bronić.
Nerwowo zamykam za sobą drzwi do mini-oddziału na moim osiedlu. Rozglądam się dyskretnie. Nieruchome oko kamery „patrzy” gdzieś w bok. Dwaj kasjerzy zajęci rozmową z klientami nie zwracają na mnie najmniejszej uwagi. Ochrony nie widać. Nie ma kolejki. Przez matową szklaną szybę, zaklejoną dodatkowo wielkoformatowymi reklamami kredytu hipotecznego, widać naprawdę niewiele. W jednym momencie podejmuję decyzję: ten bank się nadaje. Wkładam kominiarkę i krzyczę: „To jest napad!”
To oczywiście żart. Nie zamierzam powiększać policyjnych statystyk, do banku chodzę bez kominiarki, zaś gotówkę wyciągam za pomocą karty bankowej, a nie „przedmiotu przypominającego broń”. Żart ma zachęcić do zadania sobie pytania, czy łatwo jest obrabować bank? Odpowiedź, niestety, może być tylko jedna: tak, łatwo. Tylko, po co?
Im dalej od wielkomiejskich aglomeracji i oddziałów dużych banków, tym dostęp do szybkiej, choć nielegalnej gotówki wydaje się łatwiejszy. To niestety prawda. Napada się zwykle na filie banków (słabiej zabezpieczone i chronione niż te w dużych miastach) oraz banki spółdzielcze zlokalizowane na obrzeżach miast lub w małych miejscowościach. W przeciwieństwie jednak do napadów, jakie znamy z westernów albo z czasów filmowego kasiarza Kwinto ze znakomitego „Vabanku”, w dzisiejszych bankach po prostu nie ma większej gotówki. Jeśli więc ktoś myśli, że po skoku obłowi się i zacznie opływać w luksusy, grubo się myli. Więc po co to robić? W dzisiejszych czasach to amatorszczyzna. „Grube ryby” nigdy na taki numer nie pójdą.
Cena koncentracji polskiego rynku bankowego
Czy polski rynek bankowy jest – czy też nie jest – nadmiernie skupiony? I czy w związku z tym ceny usług bankowych są zawyżone? Czy konsolidacja rynku – ponoć nieunikniona – rzeczywiście grozi wzrostem cen?
W ostrej politycznej debacie, która wydobywa na wierzch podbarwiony zawiścią lęk przed dużym, silnym i w dodatku zamożnym – i w ramach zemsty ludu ma być może, obciążyć owego „silniejszego” winami prawdziwymi i nieprawdziwymi – ginie gdzieś zrównoważony ogląd spraw. Trudno jednak postawić tezę, że koncentracja rynku ma nieunikniony wpływ na ceny usług bankowych. Dane, na które powołują się przeciwnicy konsolidacji, nie świadczą jednoznacznie o istnieniu znaku równości między koncentracją a wysokimi cenami.
Przeciwnicy fuzji w sektorze bankowym, czyli według stanu na dziś: przeciwnicy połączenia Pekao SA i BPH oraz szerzej NBP i nadzoru bankowego w obecnym kształcie – szermują argumentem udziału ceny usług bankowych w PKB per capita, który jest niewiele mniejszy w Polsce niż w najdroższych na świecie Chinach. Podtykają pod nos straszak przekroczenia przez pięć największych banków udziału 50 proc. w aktywach sektora, bądź procentowy udział kapitału zagranicznego w aktywach (67,8 proc. w Polsce przy średniej dla nowych krajów UE 69,9 proc. – wg danych EBC za 2004 r.).
Średnie wydatki na usługi bankowe w Polsce wynoszą 101 euro, podczas gdy średnia dla UE to 108 euro. Widać więc, że nasz kraj, który nie dociąga do różnych średnich europejskich, pod względem tych wydatków jest całkiem zaawansowany. Pod względem płac – mniej. Dla uzupełnienia – w Chinach, gdzie udział wydatków na usługi bankowe w stosunku do PKB per capita wynosi 3,3 proc., wysokość wydatków to równowartość 54 euro (World Retail Banking Report 2005).
Koszty korzystania z banków budziły negatywne uczucia już trzy lata temu, po publikacji raportu Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową (IBnGR) przygotowanego dla Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. W październiku 2002 r. średni koszt prowadzenia ROR wynosił w Polsce 335 zł. Dla porównania – klient standardowy nie poniósłby żadnej opłaty w bankach brytyjskich, w Niemczech (Deutsche Bank) płaciłby 339,5 zł (raport IBnGR).